ks. Franciszek Czernik

Pierwszy z prawej, w komży. Orginał jakich mało, księża nabijali się z niego, bo rzeczywiście był swoistym dziwakiem. Zwiedził chyba wszystkie kraje. Przywoził tyiące zdjęć (papierowych, przeźroczy i stereo). Ale dla głuchoniemych był prawdziwym przyjacielem, wszyscy go kochali.

Dziwnym trafem wylądowałem na jego parafii, po śmierci jego następcy ks. Marcisza. Tam też nasłuchałem się przedziwnych opowieści o nim, jak to wikary odebrał telefon w sobotę, i usłyszał: 'niech ksiądz weźmie z mnie jutro kazanie i msze, bo jestem w Chinach, i nie zdążę wrócić' :). Być może proboszczowanie nie było jego pasją, jednak, powtórzę raz jeszcze - na niebo zarabiał poświęceniem dla głuchoniemych. W tym środowisku na serio się realizował, a głuchoniemi do dzisiaj go wspominają